Pare dni temu weszlam w posiadanie dwoch kosmetykow, o ktorych kupno nie podejrzewalabym siebie nawet w najsmielszych marzeniach. Szczerze mowiac kompletnie nie rozumiem, *dlaczego* przechodzac kolo sklepu Lush w mej glowie zaswital pomysl, aby do niego wejsc (od lat omijam go szerokim lukiem), ale najwidoczniej tak na mnie dziala tutejsze powietrze. Tak czy inaczej - wyszlam z niego z kosmetykami, ktore od tamtego dnia regularnie na sobie mecze. Wrazenia? Oj, mieszane... mocno mieszane. Ale po kolei :]
Dzisiaj pragne podzielic sie z Wami moimi przemysleniami odnosnie maseczki Cosmetic Warrior - to jedna z tych "swiezych" mazi, ktora po kupnie nalezy przechowywac w lodowce i w miare sprawnie zuzyc. Wedlug producenta jest ona przeznaczona dokladnie dla cer takich jak moja - tlustych, zanieczyszczonych, problemowych i sfatygowanych. Ma za zadanie delikatnie je oczyscic, odzywic i jednoczesnie nawilzyc. Zawiera w sobie czosnek, olejek z drzewa herbacianego, glinke, jajka (?!), miod oraz pare innych bajerow ze sztucznym zapachem wlacznie, ktory naprawde mogli sobie darowac - kosmetyk i tak jedzie na odleglosc...
Ani na stronie producenta, ani tym bardziej na opakowaniu nie jest napisane, jak czesto mozna/nalezy ta maseczke stosowac. Jako, ze moja cera od jakiegos miesiaca przechodzi bardzo powazny kryzys czyniac ze mnie pierwszoligowego plastusia, a w podroz zabralam tylko maciupenki ulamek mojej stacjonarnej kosmetyczki, pockam sie Cosmetic Warrior co wieczor (to juz moj trzeci pod rzad). Nie wiem, czy to wystarczajaco dlugo, aby splodzic pelnowartosciowa recenzje, ale z pewnoscia wystarczy, aby podzielic sie z Wami moimi mocno skrystalizowanymi pierwszymi wrazeniami.
Bedzie krotko i na temat - uwielbiam to, co robi z moja skora, *nienawidze* tego jak "pachnie" oraz wyglada (te kawalki czosnku ?! przypominaja mi ogromne powysuszane gluty = fuuuuuuj!!!).
Nakladam ja (jak zreszta widac powyzej) zdrowa warstwa na twarz, zmywam po ok. 10 minutach (zanim wyschnie - tak jak zaleca producent) i ciesze sie fajnie odzywiona, bajecznie miekka buzia. Jakiegos specjalnego oczyszczenia nie odnotowalam (mam nadzieje, ze to jeszcze nadejdzie), ale to nawilzenie i "zmiekczenie" jest fenomenalne.
Podsumowujac - dla efektu jestem w stanie przebolec teksture i zapach. Czuje sie bardzo zachecona do wyprobowania innych swiezych Lushowych masek. Za taka cene $7/60g naprawde mozna szalec!
Apel do znawczyn: ktore z nich najbardziej polecacie? :)
The Urban State of Mind
Tuesday, May 29, 2012
Urban haul (nie)dokonany, czyli o tym co kupilam i tym, czego nie...
Posted by
Urban Warrior
Musze przyznac, ze wchodzac do co niektorych tutejszych sklepow dostaje oczoplasu. Takich przecen i wyprzedazy kosmetycznych dawno juz nie widzialam, a jeszcze nawet nie bylam w outletach (jedziemy w srode - yay!). Tym samym naprawde ciezko jest mi opanowac moj "deal-hountizm" (LOL, Urban siewca mowy polgielskiej ;), ale biorac pod uwage, ze najgorsze przede mna (sroda) staram sie jak tylko moge ograniczac do minimum i skupiac na rzeczach, ktorych z roznych powodow nie kupilabym w NYC. Tym oto sposobem wyladowalam w sklepie Lush'a - bez komentarza. Tzn. komentarz bedzie w recenzjach nadchodzacych niebawem ;) Jak wiecie, do tej pory bylam mocno nie-lushowa (az wyjatkowo). Czy cos sie w tej kwestii zmienilo? Potrzymam Was jeszcze troszke w napieciu ;P
Poza tym dzisiaj zrobilam mikro napad na Ulte - dobrze, ze nie mieli kolorowki CK, bo byloby ze mna marnie. A tak chwycilam szybko za pare lakierow (bylam mocno ograniczona czasowo - jeszcze tam wroce ;) - komplecik China Glaze, ktora dostac stacjonarnie w NY graniczy z cudem, oraz przecenionego Essiaka Jag-u-are, ktorego regularnie podkradam mojej mamie podczas wizyt w Wawie.
Niewiele brakowało, a powyższe foto było bogatsze o zestaw kredek UD Electric. 5 sztuk "podróżowek" w cenie $18 - właśnie tyle kosztują obecnie w Nordstrom Rack. Miałam je w ręku przez cała kolejkę do kasy, zadając sobie w myślach nerwowo pytanie "gdzie Ty się będziesz smarowac takimi kolorami?!" Jako ze pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się znaleźć na nie odpowiedzi - odpuscilam. Czy żałuję? Trochę owszem. Ale nie na tyle by po nie wracać.
Poza tym dzisiaj zrobilam mikro napad na Ulte - dobrze, ze nie mieli kolorowki CK, bo byloby ze mna marnie. A tak chwycilam szybko za pare lakierow (bylam mocno ograniczona czasowo - jeszcze tam wroce ;) - komplecik China Glaze, ktora dostac stacjonarnie w NY graniczy z cudem, oraz przecenionego Essiaka Jag-u-are, ktorego regularnie podkradam mojej mamie podczas wizyt w Wawie.
Niewiele brakowało, a powyższe foto było bogatsze o zestaw kredek UD Electric. 5 sztuk "podróżowek" w cenie $18 - właśnie tyle kosztują obecnie w Nordstrom Rack. Miałam je w ręku przez cała kolejkę do kasy, zadając sobie w myślach nerwowo pytanie "gdzie Ty się będziesz smarowac takimi kolorami?!" Jako ze pomimo najszczerszych chęci nie udało mi się znaleźć na nie odpowiedzi - odpuscilam. Czy żałuję? Trochę owszem. Ale nie na tyle by po nie wracać.
Monday, May 28, 2012
Gdzie jestem, gdy mnie nie ma i co robie, gdy nic nie robie...
Posted by
Urban Warrior
... czyli Urbaniaste filozofowanie natchnione cudownym stanem Colorado. Od dwoch juz dni zachlystuje sie przestrzenia, zielenia, swiezym powietrzem, wielkimi autostradami, cisza, spokojem, poranna kawa na tarasie wielkosci calego mojego nowojorskiego mieszkania (z kiblem wlacznie)... Rzeczywistosc tutaj wyglada zupelnie inaczej niz ta, do ktorej przyzwyczailo mnie Big Apple, momentami ciezko mi uwierzyc, ze znajduje sie na terytorium tego samego panstwa, a nie na jakiejs kompletnie innej planecie. To niesamowite jak wielka roznice robi te "pare" km. Inni ludzie, inna mentalnosc, inny akcent, inny styl - gdziekolwiek sie nie rusze, czuje, ze *nie jestem stad*, ze "odstaje"... w NYC latwo wtopic sie w tlum, zniknac w tyglu roznorodnosci, w "cieniu" jednostek zadnych zainteresowania, spuscic glowe, przyspieszyc krok, schowac sie za okularami przeciwslonecznymi i byc "niewidocznym"... Tutaj tego typu zabiegi jeszcze mocniej zwracaja uwage na fakt, ze jestem "inna". W tej "innosci" nie ma absolutnie nic zlego - spotyka sie z zaciekawieniem tubylcow, rezultuje dziesiatkami pytan utrzymanych (na ogol) w dobrym tonie... Niemniej jednak zaskakuje... Podobnie jak ceny produktow w supermarketach! Wszystko jest parokrotnie (!!!) tansze, wieksze, latwiej dostepne. "Alejki" miedzy polkami spokojnie pomieszcza rzad trzech osob z duzymi wozkami - nie do pomyslenia w Miescie, gdzie w 99% przypadkow jedna osoba z przewieszonym przez ramie plastikowym koszykiem blokuje cale przejscie... ciezko mi uwierzyc, ze pisze o takich pierdolach, jak szerokosc powierzchni miedzy-regalowej w spozywczaku, ale swiadczy to chyba jedynie o tym, ze jej nowojorskie wymiary xxxxs musza mi podswiadomie mocno doskwierac... przestrzen w NYC to czysty luksus i stac na nia jedynie najbogatszych. W stanie Colorado (i wiekszosci USA) to oczywista oczywistosc, przez nikogo nie zauwazany i nie doceniany gratis... Lubie tu byc, wypoczywam, laduje akumulatory na kolejne nieprzewidywalne miesiace w szalonym "Jablku"... a pomaga mi w tym Daisy. Ewrybady sej haj tu Dejzy!!!
I tyle w ramach "colorowanego" belkotu. Obiecuje, ze nastepny post bedzie kosmetyczny :) Pozdrawiam Was goraco i rozkladajac ramiona najszerzej jak potrafie sciskam z calych sil!
U.
Saturday, May 26, 2012
Urban update...
Posted by
Urban Warrior
... czyli Urban jedzie na wakacje :] Tym razem będę się obijać w przepięknym stanie Colorado, w okolicach Rocky Mountains (Gór Skalistych?). Podejrzewam, że będę nadal raczyć Was postami o rozmaitych treściach i tematach i na 100% będę odwiedzać Wasze blogi. Więc w sumie nie wiem po co ta notka. Chyba tylko po to, żeby się pochwalić LOL ;)
Do przeczytania niebawem!
Friday, May 25, 2012
Urban Nails: Essie All Tied Up
Posted by
Urban Warrior
Nareszcie! Po długich dniach bezowocnych poszukiwań udało mi się w końcu znaleźć stanowisko Essie z *pełną* kolekcją Bikini So Teeny. Nie wiedzieć czemu, większość z nich ogranicza się jedynie do czterech odcieni, tym samym radość gdy ujrzałam dziś wszystkie sześć była ogromna!
All Tied Up to odcień, na który ostrzyłam sobie ząbki odkąd tylko ujrzałam go po raz pierwszy na zdjęciach promocyjnych. Na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasuje do jaskrawej kolekcji... na drugi zresztą też nie ;) Co nie zmienia faktu, że mocno mnie zauroczył. Zarówno w buteleczce, jak i na paznokciach!
Warto wspomnieć, że aby uzyskać poniższe krycie w pełni wystarczyła mi jedna warstwa lakieru! Generalnie lubię nakładać dwie (tak na wszelki wypadek), ale tutaj absolutnie nie było to konieczne.
Jako bazy użyłam Essie Fill The Gap, a jako topu - Essie Good To Go!
Lakier będzie się prezentował fajnie zarówno na bladych (moje), jak i opalonych dłoniach (moje za 2 tygodnie - hopefully! ;). Jestem bardzo zadowolona z zakupu :] I tak, korcą mnie pozostałe trzy odcienie z tej kolekcji. Bikini So Teeny, Mojito Madness i All Tied Up już mam... ciekawe czy oprę się reszcie :/
All Tied Up to odcień, na który ostrzyłam sobie ząbki odkąd tylko ujrzałam go po raz pierwszy na zdjęciach promocyjnych. Na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasuje do jaskrawej kolekcji... na drugi zresztą też nie ;) Co nie zmienia faktu, że mocno mnie zauroczył. Zarówno w buteleczce, jak i na paznokciach!
All Tied Up opisałabym jako bardzo brudny róż zmieszany z brązem, kremowo-satynowym wykończeniem. Zawarte w nim złote drobinki są niesamowicie drobne i pojawiają się tylko w "odpowiednim" świetle ;)
Warto wspomnieć, że aby uzyskać poniższe krycie w pełni wystarczyła mi jedna warstwa lakieru! Generalnie lubię nakładać dwie (tak na wszelki wypadek), ale tutaj absolutnie nie było to konieczne.
Jako bazy użyłam Essie Fill The Gap, a jako topu - Essie Good To Go!
Lakier będzie się prezentował fajnie zarówno na bladych (moje), jak i opalonych dłoniach (moje za 2 tygodnie - hopefully! ;). Jestem bardzo zadowolona z zakupu :] I tak, korcą mnie pozostałe trzy odcienie z tej kolekcji. Bikini So Teeny, Mojito Madness i All Tied Up już mam... ciekawe czy oprę się reszcie :/
Wednesday, May 23, 2012
Wieczorne rozmyślania o siatach pełnych ciuchów w towarzystwie tychże...
Posted by
Urban Warrior
Jednym z moich noworocznych postanowień na 2012 było przekierunkowanie uwagi i środków finansowych z kosmetyków na garderobę. Parę dni temu wzięłam to sobie w końcu do serca i... poszłam na zakupy. Na ogół przy tego typu "napadach" ląduję w outletach / h&m'ach i innych "zarach" (pozdrowienia dla koleżanki z Sacramento :D), jednak już od dłuższego czasu miałam wrażenie, że wychodzę na tym jak Zabłocki na mydle. Zanim przejdę dalej, wyjaśnię, że jestem jednostką o ściśle określonym stylu i upodobaniach. Przez parę ostatnich lat próbowałam sobie wmawiać, że lubię eksperymentować, ale prawda jest taka, że jeśli nie czuję się w czymś w 100% dobrze/wygodnie/pewnie, to owe "eksperymenty" kończą się tam, gdzie się zaczynają (czyt. w przymierzalni). Jako jednostka średnio logiczna i momentami mało trzeźwo myśląca, stojąc przed decyzją o zakupie danego ciuchu/dodatku/butów nierzadko wmawiam sobie, że choć nie jesteśmy dla siebie stworzeni, to na pewno z czasem się "przekonam", że muszę się "oswoić", że "dojrzeję"... i tak oto siedzę otoczona siatami takich potencjalnych kandydatów, których pomimo najszczerszych chęci od długich miesięcy (o ile nie lat!) nie udało mi się pokochać. Gdybym mieszkała w willi w LA albo na ranczu w Teksasie, z ogromną ilością metrów kwadratowych do zapełnienia, pozwoliłabym im sobie leżakować gdzieś na dnie obszernej szafy (przecież nigdy nic nie wiadomo...), jednak moja nowojorska klitka bezlitośnie zmusiła mnie do selekcji (prawie) naturalnej pt. "przetrwają najsilniejsi". Kryterium: żegnam się ze wszystkim, co przez ostatnie 9 miesięcy nie dostąpiło zaszczytu kontaktu ze skórą mojego ciała i/lub wyjścia na światło dzienne. Nie patrzę na stan zużycia, cenę, metkę, wartość sentymentalną i to, jak bardzo kocham piosenkę, która leciała, gdy stałam w kolejce do kasy. Nie patrzę na nic, oprócz twardych faktów. Efekt? Dwie wypełnione po brzegi niebieskie siaty IKEA. Mam nadzieję, że sprawią komuś radość. A ja od teraz będę kupować tylko i wyłącznie MĄDRZE.
Jaki był cel tego całego wywodu? Nie wiem. Nie mogąc oderwać wzroku od idealnego brzucha Jenny L. podczas jej występu w finale amerykańskiego idola (który notabene skończył się przed parunastoma minutami pozytywnie zaskakując mnie rezultatem), wzięło mnie na takie "bezmyślne rozmyślania". Oprócz ciuchowego, pojawiły się w nich wątki "bosh, jaka ja jestem gruba", "potrzebna mi nowa patelnia teflonowa", oraz "kto by pomyślał, że bourbon jest aż tak bardzo lepszy od scotcha". Tak, wiem, ich głębia przeraża płytkością. Ale czasem tak mam. Po prostu.
Tralalalala...
Posted by
Urban Warrior
... Urban L'oreal Caresse ma! :]
Przeogromne dzięki i ogromny buziak dla Pinko - nie dość, że zorganizowała rozdanie i mnie wylosowała ;), to jeszcze do paki wrzuciła nie jedną, a dwie (!!!) szminy plus bardzo ciekawie wyglądający szampon Collistar! Buziam Cię mocno mocno mocno mocno...
A korzystając z okazji pragnę dodać, że wg Musings of A Muse szminki L'oreal Caresse mają niebawem pojawić się również na amerykańskich półkach, i to w 16 wariantach kolorystycznych! Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że będę je mogła wypróbować przed premierą ;)
Przeogromne dzięki i ogromny buziak dla Pinko - nie dość, że zorganizowała rozdanie i mnie wylosowała ;), to jeszcze do paki wrzuciła nie jedną, a dwie (!!!) szminy plus bardzo ciekawie wyglądający szampon Collistar! Buziam Cię mocno mocno mocno mocno...
A korzystając z okazji pragnę dodać, że wg Musings of A Muse szminki L'oreal Caresse mają niebawem pojawić się również na amerykańskich półkach, i to w 16 wariantach kolorystycznych! Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że będę je mogła wypróbować przed premierą ;)
Mycie włosów odżywką - L'oreal Ever Creme Cleansing Conditioner wg Urban...
Posted by
Urban Warrior
Tytuł posta i temat wielu z Was może się wydać znajomy - celowo "zerżnęłam" go od Pauli. W mojej poprzedniej notce denkowej padło wiele pytań odnośnie jednej pustej butelki, która obiła Wam się o oczy właśnie na jej blogu. Kto czytał, ten wie, że Pauka nie do końca polubiła się z odżywką do mycia włosów firmy L'oreal. Ja (stety/niestety) mam na jej temat kompletnie odmienne zdanie - już po paru użyciach Ever Creme Cleansing Conditioner stała się jednym z moich ulubieńców!
Paulina odwaliła kawał dobrej roboty opisując co to jest i z czym to się je, więc wszystkich żądnych informacji + zdjęć (notabene świetnych!) oraz/lub tych którzy jeszcze nie czytali odsyłam do *tego posta*. Nie ma sensu, żebym pisała to samo od nowa - pragnę jedynie podzielić się z Wami moimi odczuciami na temat tego produktu.
Może na samym wstępie wspomnę, że zanim sięgnęłam po L'oreal, miałam okazję zapoznać się z "prekursorem" trendu mycia włosów odżywką - osławioną w USA Wen Cleansing Conditioner, której miniaturkę znalazłam w jednej z kopert od MyGlam. Wrażenia na jej temat miałam mocno mieszane - jednego dnia czyniła cuda, drugiego - kompletnie obciążała włosy. Pomimo "normalnego" stosowania, za każdym razem efekt był inny i nieprzewidywalny, co średnio mnie urządzało i ostatecznie odwiodło od kupna pełnowymiarowej butli za $30+.
Na L'oreal Ever Creme Cleansing Conditioner natknęłam się po raz pierwszy na jednym z moich ulubionych amerykańskich blogów, Noveau Cheap (skupiających się na kosmetykach drogeryjnych oraz wszelkich promocjach, zniżkach, kuponach, etc.). Zachęcona pozytywną recenzją udałam się do sklepu i... już po pierwszym użyciu wiedziałam, że będzie ciekawie.
Generalnie odkryłam, że moje włosy lubią zróżnicowaną pielęgnację - funduję im mieszankę rozmaitych marek i rodzajów kosmetyków, od super naturalne, poprzez "normalne", aż po silikonowe bomby (typu Aussie 3-Minute Miracle ;). Jednego dnia używam szamponu z SLS'ami, innego bez, jeszcze innego myję włosy odżywką. I w taki też obieg włączyłam produkt tytułowy. Włosy myję *codziennie* - nie przekonuje mnie zbytnio filozofia, że to dla nich szkodliwe. Możecie się ze mną zgadzać lub nie - ja nie wyobrażam sobie wziąć prysznic i nie umyć przy tym włosów. Czułabym się po prostu "niedomyta"*... każdy ma swoje małe zboczenia ;)
Moim zdaniem ta odżywka jest fantastyczna - cudownie oczyszcza, nie obciąża, włosy po niej są miękkie i "przyjazne w obsłudze". Nie odnotowałam żadnego "brudu" (?!?!) ani wzmożonego przetłuszczania, wręcz przeciwnie... Odświeża, odżywia, nie skleja (co niestety na potęgę czyni rozmarynowo-miętowa odżywka do mycia organiczno-naturalnej firmy Ren Pure Solutions...), nadaje ładnego blasku - naprawdę nie mogę napisać na jej temat złego słowa. Praktycznie jedyne, do czego mogę się przyczepić to opakowanie i zbyt wąska jak na tak gęsty produkt pompka, która lubi się zapychać. Niemniej jednak cena i działanie mocno na plus. Rzadko zdarza mi się wracać do tych samych produktów, więc fakt, że jestem już na trzeciej flaszce tego cuda mówi sam za siebie.
I w ten oto sposób macie dwie kompletnie przeciwne recenzje tego samego kosmetyku :] Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne! Ciekawe, czy Ever Creme Cleansing Conditioner znajdzie więcej zwolenników czy przeciwników... Zdania na Make Up Alley są również *mocno* podzielone...
*EDIT: Tak sobie przeczytałam to, co napisałam i zauważyłam, że wyszło trochę dwuznacznie i niemiło. Wcale tak nie miało być. Pisząc, że nie myjąc włosów codziennie czuję się "niedomyta" nie chciałam broń bosh insynuować, że ci, którzy tego nie robią są brudni. Absolutnie NIE!!! Miałam raczej na myśli, że myjąc się muszę być po prostu mokra w 100%, inaczej nie czuję się w pełni odświeżona ;) Jest to kwestia ściśle indywidualna i nikomu jej nie śmiem narzucać ani nikogo pod jej kątem oceniać.Bo niby jaki miałabym w tym cel? Bez sensu :) Jeśli nieumyślnie kogokolwiek uraziłam, przepraszam - naprawdę nie miałam nic złego na myśli!
Paulina odwaliła kawał dobrej roboty opisując co to jest i z czym to się je, więc wszystkich żądnych informacji + zdjęć (notabene świetnych!) oraz/lub tych którzy jeszcze nie czytali odsyłam do *tego posta*. Nie ma sensu, żebym pisała to samo od nowa - pragnę jedynie podzielić się z Wami moimi odczuciami na temat tego produktu.
Może na samym wstępie wspomnę, że zanim sięgnęłam po L'oreal, miałam okazję zapoznać się z "prekursorem" trendu mycia włosów odżywką - osławioną w USA Wen Cleansing Conditioner, której miniaturkę znalazłam w jednej z kopert od MyGlam. Wrażenia na jej temat miałam mocno mieszane - jednego dnia czyniła cuda, drugiego - kompletnie obciążała włosy. Pomimo "normalnego" stosowania, za każdym razem efekt był inny i nieprzewidywalny, co średnio mnie urządzało i ostatecznie odwiodło od kupna pełnowymiarowej butli za $30+.
Na L'oreal Ever Creme Cleansing Conditioner natknęłam się po raz pierwszy na jednym z moich ulubionych amerykańskich blogów, Noveau Cheap (skupiających się na kosmetykach drogeryjnych oraz wszelkich promocjach, zniżkach, kuponach, etc.). Zachęcona pozytywną recenzją udałam się do sklepu i... już po pierwszym użyciu wiedziałam, że będzie ciekawie.
Generalnie odkryłam, że moje włosy lubią zróżnicowaną pielęgnację - funduję im mieszankę rozmaitych marek i rodzajów kosmetyków, od super naturalne, poprzez "normalne", aż po silikonowe bomby (typu Aussie 3-Minute Miracle ;). Jednego dnia używam szamponu z SLS'ami, innego bez, jeszcze innego myję włosy odżywką. I w taki też obieg włączyłam produkt tytułowy. Włosy myję *codziennie* - nie przekonuje mnie zbytnio filozofia, że to dla nich szkodliwe. Możecie się ze mną zgadzać lub nie - ja nie wyobrażam sobie wziąć prysznic i nie umyć przy tym włosów. Czułabym się po prostu "niedomyta"*... każdy ma swoje małe zboczenia ;)
Moim zdaniem ta odżywka jest fantastyczna - cudownie oczyszcza, nie obciąża, włosy po niej są miękkie i "przyjazne w obsłudze". Nie odnotowałam żadnego "brudu" (?!?!) ani wzmożonego przetłuszczania, wręcz przeciwnie... Odświeża, odżywia, nie skleja (co niestety na potęgę czyni rozmarynowo-miętowa odżywka do mycia organiczno-naturalnej firmy Ren Pure Solutions...), nadaje ładnego blasku - naprawdę nie mogę napisać na jej temat złego słowa. Praktycznie jedyne, do czego mogę się przyczepić to opakowanie i zbyt wąska jak na tak gęsty produkt pompka, która lubi się zapychać. Niemniej jednak cena i działanie mocno na plus. Rzadko zdarza mi się wracać do tych samych produktów, więc fakt, że jestem już na trzeciej flaszce tego cuda mówi sam za siebie.
I w ten oto sposób macie dwie kompletnie przeciwne recenzje tego samego kosmetyku :] Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne! Ciekawe, czy Ever Creme Cleansing Conditioner znajdzie więcej zwolenników czy przeciwników... Zdania na Make Up Alley są również *mocno* podzielone...
*EDIT: Tak sobie przeczytałam to, co napisałam i zauważyłam, że wyszło trochę dwuznacznie i niemiło. Wcale tak nie miało być. Pisząc, że nie myjąc włosów codziennie czuję się "niedomyta" nie chciałam broń bosh insynuować, że ci, którzy tego nie robią są brudni. Absolutnie NIE!!! Miałam raczej na myśli, że myjąc się muszę być po prostu mokra w 100%, inaczej nie czuję się w pełni odświeżona ;) Jest to kwestia ściśle indywidualna i nikomu jej nie śmiem narzucać ani nikogo pod jej kątem oceniać.Bo niby jaki miałabym w tym cel? Bez sensu :) Jeśli nieumyślnie kogokolwiek uraziłam, przepraszam - naprawdę nie miałam nic złego na myśli!
Subscribe to:
Posts (Atom)













